Amerykański żużel przeżywać będzie ciężkie chwile, ostatni wielki nieustraszony – Greg Hancock jest końcem tej układanki. Następców jak na razie brak, ale powiedzieć nie możemy że nie ma ich w ogóle. Zawodnicy, którzy startują na Wyspach nie są jednak w stanie przebić się do ścisłej światowej czołówki.
Piszę ten tekst z pewną dozą smutku, ponieważ zawodnicy zza oceanu zawsze wyróżniali się wspaniałym stylem jazdy i przede wszystkim świetnym poczuciem humoru. Ostatnia wyśmienita para reprezentantów USA a to moim zdaniem Billy Hamill – Greg Hancock, pamiętam Team Exide założony na wzór innych dyscyplin, który miał na celu wzajemną pomoc w realizacji przedsięwzięć sportowych. Pomijam już fakt pierwszego takiego teamu w żużlu i jedynego do tej pory, jednak opłaciło się – sukcesem był tytuł IMŚ Billego w 1996r. Tych dwóch pozostało jednak samotnych na polub boju, a w tym roku Hamill zakończył karierę.
Lata siedemdziesiąte i osiemdziesiąte to rewelacyjna passa reprezentacji USA, zawsze tuż za lub przed Duńczykami, czujni i świetnie zgrani parowo i drużynowo. Wspaniałe nazwiska, które na zawsze będą nam przypominać: Boby Schwarz, bracia Moranowie, John Cook, Bruce Penhall, Sam Ermolenko, Lance King i Dennis Sigalos.
Wielu z wyżej wymienionych nie widziałem, jednak pamiętam świetnie jednego kowboja wymienionego powyżej – Sam Ermolenko. Jedna noga krótsza, z pochodzenia Polak, indywidualny mistrz świata z 1993r., świetnie zadomowił się w Polsce. Z powodzeniem startował w naszym kraju równe dziesięć sezonów w całym systemie rozgrywek.
Zapamiętałem Sama (w 2007r. zakończył karierę) jako wyjątkowo walecznego zawodnika, który zawsze jeździł do końca i stanowił pewny trzon drużyny (dwukrotnie z Polonią Bydgoszcz zdobywał tytuł DMP). Jeszcze jedna cecha wyróżniała Ermolenkę, otóż był bardzo koleżeńskim zawodnikiem – zawsze doglądał młodszych zawodników, pomagał przy sprzęcie i udzielał cennych, z pewnością, rad.
Wspominany jeszcze Billy Hamill to również wielka gwiazda amerykańskiego speedway’a, ale uważam mniejszego kalibru niż pozostali zawodnicy, których pamiętam. Nie umniejszam umiejętnością jazdy Hamilla, ponieważ była ona także bardzo efektywna, ale chcę zwrócić uwagę na jeszcze jeden aspekt. Gwiazda ta szybko zgasła, podczas gdy na przykład Greg Hancock nie spuścił z tonu.
Myślę, że zawodnicy z USA za żelazną kurtyną byli zdecydowanie postrzegani jako bardzo egzotyczny produkt kapitalizmu, jednak większość tych, która chciała się liczyć na kontynencie pomieszkiwała na Wyspach. Nie zmienia to jednak faktu posiadania pewnego, moim zdaniem, „kalifornijskiego stylu jazdy” z bardzo ciekawie ułożoną na motocyklu sylwetką.
Nie pamiętam również aby którykolwiek z zawodników amerykańskich był uwikłany w jakieś problematyczne sytuacje na torze. To zdecydowanie pozytywnie usposobieni ludzie. Podkreślam jeszcze raz – zawsze uśmiechnięci, kochający to co robią.
Myślę, że na obecną sytuację, braku posiadania młodzieży uczącej się tej sztuki, ma ogromny wpływ fakt posiadania w USA tylko jednego poważnego ośrodka (Costa Mesa). Nie rokuje to dobrze na przyszłość, jeśli chce się posiadać poważną siłę gdzieś muszą rywalizować.
Poszukiwania w internecie pokazują, że młodzież jest, są nawet mistrzostwa kraju. Ale nie łudźmy się, że centrum żużla to Europa i tutaj taki młody chłopa prędzej czy później trafić musi.
Mam tylko wielką nadzieję, że te wspaniałe tradycje nie pójdą w zapomnienie a powyżej wymienieni ambasadorzy amerykańskiego żużla dołożą starań, aby kraj był godnie reprezentowany na całym globie.
Koniec amerykańskiego żużla?
Jak to się wszystko zaczęło
Na dobry początek opiszę jak zaczęła się moja fascynacja tą dyscypliną sportową.
Pochodzę z Rzeszowa, pierwszej wizyty na stadionie nie pamiętam, ale z tego co rodzice wspominali było to wcześnie.
Prawdziwa pasja zaczęła się mniej więcej w połowie szkoły podstawowej tzn. połowa lat 90-ych. Stal Rzeszów z różnym powodzeniem startowała wtedy w lidze. Pierwsze nazwiska z jakimi się spotkałem i jakie do dziś są mi bliskie to Rafał Wilk, Maciej Kuciapa, Piotr Winiarz, Rafał Trojanowski i Janusz Stachyra.
Uważam, że pasje do tego sportu dostałem w genach, ponieważ mój tato interesuje się bardzo poważnie żużlem od mniej więcej 30 lat. Mam więc skąd czerpać wiedzę na temat naszego rodzimego podwórka, wspomnień o wielkich krajowych i zagranicznych nazwiskach tego sportu. Dochodzą do tego wspomnienia o zawodnikach z Rzeszowa, jak wiadomo klubu z nie małymi tradycjami.
Pierwszym nazwiskiem historycznym związanym z Rzeszowem, z którym się zetknąłem to Eugeniusz Nazimek (coroczny memoriał), to nazwisko również wiąże się niestety z czarnym charakterem tej dyscypliny, ale o tym jeszcze będę pisał.
Rzeszów leży w Polsce południowo-wschodniej, bliska odległość do Tarnowa i Krosna sprawiła, że na tamtejszych obiektach również bywałem i wciąż bywam.
Z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że nigdy nie interesowałem się aspektem technicznym tego sportu – tylko wyniki i nazwiska, daty i rodzaje imprez.
Miałem również w swoim młodzieńczym życiu fascynacje speedrowerem, posiadałem kilka bikeów umodelowanych na wzór Jaw i GM-ów. Pewnego dnia dostałem nawet skórzane spodnie i kilka historycznych plastronów Stali z lat 80-ych. Jednak nigdy nie odważyłem się, a raczej nie brałem pod uwagę chęci spróbowania siła na torze.
Jak każdy młody człowiek, którego interesuje żużel, miałem i mam swoich idoli i faworytów.
Pierwszym zawodnikiem, którego naprawdę uwielbiałem był Duńczyk Tommy Knudsen.
Miałem nawet okazję zrobić sobie z nim zdjęcie, niestety mniej więcej po roku mojego zainteresowania zakończył karierę. Był uosobieniem spokoju (totalnym przeciwieństwem Nickiego Pedersena), myślę, że nie bez powodu Sparta sięgała trzy razy po tytuł DMP – mając w szeregach takiego zawodnika.
Kolejnym zawodnikiem był „ziomek” Rafał Wilk, szczególnie byłem zadowolony z przejścia tego zawodnika do Krosna i rolą jeżdżącego trenera. Był też zawodnikiem o ciekawej sylwetce i pierwszym chyba w kraju żużlowcem ubierającym do jazdy kombinezon crossowy. Tragicznie i boleśnie przerwana bardzo fajna kariera pozostawi na pewno na zawsze niedosyt.
Ostatnim moim idolem jest i myślę, że pozostanie Duńczyk Hans Andersen, nawet pomimo ostatnich wyników i ekscesów finansowych. U Hansa cenię najbardziej technikę jazdy – wysoko podniesione łokcie na wyjściach z łuków.
Uważam, że fanem się jest i koniec. To samo odnosi się do kibicowania, kibice żużla są specyficzni i niepowtarzalni. Jakaś wrogość pomiędzy kibicami różnych klubów to nic innego jak przenoszenie nawyków z piłki nożnej, moim skromnym zdaniem.
Jako młody człowiek widziałem też zawodnika, który przetarł drogę Emilowi Sajfutdinovi – Rifa Saitgariejewa (w Krośnie zdobyłem nawet autograf).
Jest jeszcze jeden zawodnik, który wywarł na mnie młodym kibicu wrażenie, to był Węgier Zoltan Adorjan.
Jak wspominałem, jeździłem również do Tarnowa i Krosna. Jeżeli chodzi o Tarnów to widziałem na własne oczy rozwijających się braci Rempałów, w Krośnie natomiast obserwowałem początki kariery Ireneusza Kwiecińskiego.
Nie byłbym w porządku, gdybym nie wymienił jeszcze Tomasza Golloba, którego karierę śledziłem prawie od początku. Mój punkt widzenia na ten sport ukształtowali także: Tony Rickardsson, Hans Nielsen, Henrik Gustafsson i Joe Screen.
Myślę, że to byłoby tyle na wstęp. Zbliża się zima, więc jeszcze będzie czas na refleksje i wspomnienia. Podczas tej dotychczasowej drogi jaką przeszedłem z żużlem gromadziłem programy więc jestem w stanie odtworzyć nawet poszczególne mecze. Jeszcze raz zapraszam do lektury i nie zapominajmy o wielkich zawodnikach tego sportu, ponieważ to oni tworzyli i tworzą historię, dostarczają emocji – nie tylko rozrywkę i pozwalają zapomnieć o zagmatwanej rzeczywistości.